30 grudnia 2015

kula ziemska

Już od dawna chciałam zrobić szydełkową kulę ziemską, ale nie bardzo wiedziałam jak się za to zabrać. Czy zrobić niebieską kulkę, a potem powyszywać na niej kontynenty, czy może od razu szydełkować razem z kontynentami, ale jak wtedy dobrać odpowiednią skalę?




W końcu znalazłam taki schemat. Co prawda tu przeznaczony jest do dziergania, ale to właściwie nie robi różnicy. Brakowało mi na nim Antarktydy i białej Grenlandii, poza tym jak dla mnie Nowa Zelandia była trochę za bardzo na północ. Trochę pozmieniałam i ponumerowałam, żeby łatwiej było nad tym panować..


Ziemia wyszła jakaś taka jajowata i dosyć duża, jak na moje twory, ale nie wiedziałam jak ją proporcjonalnie zmniejszyć. Może jeszcze kiedyś spróbuję sama sobie narysować Świat. Poza tym Antarktyda wyszła chyba trochę za mała. Następnym razem poszerzyłabym ją o jeszcze trzy rządki co najmniej. Teraz powiększyłam ją wyszywając.


Mi od świąt jest jej nowym właścicielem.

twór: kula ziemska
rok powstania: listopad/grudzień 2015
miejsce zamieszkania: z Mi
schemat: o tam

28 grudnia 2015

dziadowy garnitur

Nie podobał mi się garnitur Dziada. Nie mogłam na niego patrzeć. Za luźne toto, kolor ma niespecjalny i w ogóle mój piękny, zgrabny i młody Dziad wygląda w nim jak stary dziad. No i się porwałam z motyką na słońce. W sumie i tak poszło mi zaskakująco dobrze jak na kogoś bez żadnego doświadczenia w tym zakresie. Niby miałam dużo czasu, bo Dziad raczej unika takich strojów. W sumie zajęło mi to ponad rok, ale tuż przed ślubem Mi nerwowo go kończyłam.
Wykrój marynarki jest z kwietniowej Burdy 2014. Pozmieniałam go mocno. Stójkę i kołnierz wydłużyłam, trochę zwęziłam w talii i przede wszystkim zwęziłam rękawy. Spodnie z Burdy mi się nie podobały przez zakładki, więc wykrój wzięłam z papavero. Chyba mogłam wziąć rozmiar większe. Ale skoro wybredny Dziad nie marudzi zbytnio to nie mogą być tragiczne.


to nie jest dobra poza do prezentowania garnituru, ale Dziad ma taki styl. Normalnie wszystko układało się trochę lepiej, ale to jedyne zdjęcie ze ślubu, na którym go w miarę dobrze widać w całości.

26 grudnia 2015

drewniany niedźwiedź

Zastanawiałam się jakie zwierzęta lubi Zakapior. Ustaliłam i upewniłam się, że niedźwiedzie. No tak, przecież nawet z nimi rozmawiał. Już wcześniej myślałam o wydłubaniu dla niego niedźwiedzia - wydał mi się dosyć łatwy do rzeźbienia, bo nie ma odstających elementów, które ewentualnie miałyby ochotę się odłupać. I faktycznie, brak długich i cienkich odstających elementów mnie przekonał, choć tym razem już nie obyło się bez samookaleczenia.


Najtrudniejsze do wyrzeźbienia były bardzo małe przerwy między łapami niedźwiedzia i między jego tułowiem i stopami, spowodowane niewielką jego skalą. Łupliwa lipa (ta sama, z której powstał pingwin) nie ułatwiała zadania, ale jakoś się udało, choć te miejsca nie są najlepiej wykończone. I właśnie przy tych manewrach uszkodziłam sobie rękę we wkurzających miejscach. Ale niezbyt poważnie i nie tak, żeby nie móc skończyć dzieła.

tu w trakcie rzeźbienia. jak widać po tle nawet pracownię odwiedził.

Niedźwiedź wyszedł mi trochę kanciasty, ale nie chciałam już przekombinować. Detali typu oczy i nos mu nie zrobiłam, bo nie mam takich małych i precyzyjnych narzędzi, a przede wszystkim nie chciałam nic zepsuć. W każdym razie przypomina niedźwiedzia, a to najważniejsze. I ma zabawny ogonek. Nie jest tak ładnie wyszlifowany jak pingwin, ale myślę że wtedy wyglądałby jak łysy. Jego też na koniec machnęłam lakierem żeby się nie brudził. Zakapiorowi chyba się podoba.


Przy okazji pozdrawiamy bieszczadzkie niedźwiedzie, które to właśnie Zakapior zagadywał.


25 grudnia 2015

ewolucja i nie bmx

Franusiowi podobała się koszulka z ewolucją i Dżordanem. Tylko, że on nie ma pojęcia o koszykówce. Nie wiedział nawet, że to Dżordan, a kim on jest też wiedział bardzo mgliście. I sam wymyślił sobie zakończenie ewolucji. Jak na Franusia przystało wybrał bmx. Całkiem dobry pomysł. Długo na nią czekał. Ale ponieważ ostatnio Franuś zachowuje się dużo lepiej, to pod choinkę dostał ode mnie właśnie tą koszulkę. Tym razem zasłużył.


Trochę koślawo, ale robiłam po nocy i chora, a Franuś i tak pewnie nie zauważy. Szablon najlepszy na świecie, ten co zawsze. Kolor nienajlepszy, ale innej koszulki męskiej nie miałam. Zresztą i tak jak Franuś zobaczył nadruk to zawył ze szczęścia i na kolor nie zwracał już uwagi. Potem stwierdził, że szkoda, że to mtb, a nie bmx. A przecież brałam kształt z gógla po wpisaniu bmx i ze strony z różnymi sylwetkami bmxów, ale jak zgłębiłam sprawę różnic między mtb a bmx, to wynika, że są niewielkie, ale wystarczające żeby nawet na takim obrazku było widać, że to nie ten co powinien. Nawet Dziad zauważył, że to mtb. Dlaczego nikt nie uświadomił mnie wcześniej, że tych sprzętów jest kilka rodzajów?

24 grudnia 2015

drewniane broszki

Prezenty! Się rozkręciłam z tymi fachowymi prezentami. Postanowiłam potraktować poważnie mój pirograf (od kiedy go dostałam wypalałam tylko jakieś pierdoły na drewnie, które i tak szło do kominka) i wykorzystać go do zrobienia prezentów, a nawet jak nie "tów" to przynajmniej "tu". Od razu miałam wizje małej drewnianej broszki. A obok broszki potraktowanej pirografem zwizualizowała się broszka intarsjowana. Zatem wykorzystałam obie metody. Najpierw załatwiłam sobie dębowe kółeczka (początkowo miały być elipsy, ale trudniej je wyciąć i już nie chciałam kombinować), a potem zaczęłam się wyżywać artystycznie - wiercenie kółeczek to przecież ordynarne stolarstwo. Najpierw wypaliłam oset. Na drewnie, znaczy. Dla Mi. Ona lubi chwasty. Zresztą kto nie lubi ostu?!

W rzeczywistości wygląda dużo lepiej niż na zdjęciu w powiększeniu.

Nie jest to dzieło sztuki, ale zaskakująco dobrze mi poszło. Myślałam, że ze względu na dużą gęstość dębu i nierówności spowodowane przyrostami, mój pirograficzny debiut będzie katastrofą. Wystarczy nie wciskać mocno i jakoś idzie. Tylko przy poprawianiu czasem mi zjeżdżał z linii. Jak widać (albo nie za bardzo) brzeg też wypaliłam. Chciałam jeszcze wypalić coś dla mamy, ale nie wiedziałam co. A potem przyszedł Dziad i zapytał, po obejrzeniu ostu, czy naprawdę to ma być broszka i czy ktokolwiek będzie chciał to nosić. No i mnie zniechęcił. Dlatego mama dostała tylko mini-intarsje. Wizja obejmowała nie tylko metodę, ale też temat intarsji - liście. Lipowy i klonowy.


Lipowy, chociaż bardziej przypomina brzozowy, łatwo było zrobić, bo i kształt łatwiejszy, a naczynia drzewne tworzą fakturę liścia (żyłki). Z klonem już tak łatwo nie było. Nie wiedziałam jak go zrobić żeby było widać, że to liść, a nie plama w jego kształcie. Nie wpadłam na nic sensownego, ale miałam kawałek mahoniowego forniru, którego pasiasty skręt włókien ciekawie odbija światło. No i tyle. Wyszła mieniąca się plama w kształcie liścia klonu. Zawsze to lepiej niż zwykła plama, prawda?
Ale ponieważ podczas wycinania nic się nie połamało (mahoń tylko trochę się kruszył), a dodatkowo cięłam oba forniry naraz, postanowiłam użyć znanej metody intarsjowania, bardzo oszczędzającej materiał. Tak powstały dwa listki w lustrzanym odbiciu kolorów. Nie mogłam się tylko zdecydować, który dać mamie, a który Mi.


Lipowy listek jest z orzecha na tle z olchy, a klonowy, jak już wspomniałam mahoniowy na brzozowym tle - ten drugi oczywiście odwrotnie. Lipowy wyszedł koślawo, bo orzechowy fornir kruszy się, że hej. Początkowo ogonki miałam wypalać pirografem, ale doszłam do wniosku, że takie łączenie metod może do siebie nie pasować, poza tym w mahoniowym tle, wypalony ogonek byłby słabo widoczny. Dlatego do przyklejonych już listków dorobiłam ogonki metodą inkrustacji. Myślę, że tak lepiej wygląda, niż wypalone. Dłutem wycięłam większość łodyżki, ale jakieś malutkie drzazgi w zakamarkach dłutem było trudno, więc wydłubałam... prujką krawiecką! Nie ma to jak profesjonalne sprzęty konserwatora.
Przyklejone i wyszlifowane listki, polakierowałam i przymocowałam do nich broszkowe agrafki. Nie bardzo wiedziałam jak, trudno by było znaleźć aż tak małe gwoździe, więc przykleiłam klejem dwuskładnikowym. Zrobił niezbyt elegancki glut, ale ważne żeby trzymał. W klonowych broszkach agrafki przykleiłam tak, żeby po przypięciu listki nie były pionowo łodyżką do dołu - za bardzo może się kojarzyć z Kanadą, zwłaszcza ten na jasnym tle.

10 grudnia 2015

drewniany pingwin

Wymyśliłam sobie, że mogę dawać prezenty związane z moim fachem. Tak mi przyszło do głowy i nie chciało pójść. I tak zrobiłam. Wyrzeźbiłam pingwina. Dziad lubi pingwiny. Są zabawne. I dlatego dostał go w prezencie mikołajkowym.


Pingwin jest lipowy. Wysiała się nam na działce w nieodpowiednim miejscu, więc trza ją było ściąć, ale zanim to nastąpiło wyhodowaliśmy sobie cenny surowiec. Do rzeźbienia w sam raz ze względu na jej gęstość.

pingwin potrafi stać na nogach, ale czasem jak ma nierówno, albo nie uważa, to pomaga sobie ogonem

Wyrzeźbiłam go za pomocą  noża, którego sprezentował mi tat. Choć to nie było jedyne używane tu narzędzie - do jego powstania przyczyniła się też moja fantastyczna japońska piła i dłuto. Jestem z siebie dumna, że podczas tych ryzykownych operacji, sprzecznych z wszelkimi zasadami bhp (przez moje lenistwo), nic sobie nie ucięłam!


Na koniec, pingwin został wyszlifowany papierem ściernym, bo jego główną cechą miały być obłe kształty i miękkie linie. Pingwiny przecież właśnie takie są. A żeby jasna i podatna na zabrudzenia lipa jednak aż tak podatna nie była, jeszcze pokryję go lakierem półmatowym. No i jest.


5 grudnia 2015

frywolitkowe śnieżynki

Śnieg w Miasteczku już padał, a i przy okazji adwent się zaczął, więc robienie frywolitkowych gwiazdek jest całkowicie uzasadnione. Można potraktować to jako przygotowania do świąt i nastawienie się psychiczne na zimę. Wykorzystałam różne frywolitkowe schematy śnieżynek jakie znalazłam, które nie były zbyt duże, żeby nie wyszły z nich serwety.
I nie, nie mam już w domu choinki - to jodła z ogrodu.

tu widać dwie śnieżynki z pomyłką - są pięcioramienne, a powinny być sześcioramienna, jakoś mi się skróciło, ale w tej wersji też wyglądają nieźle.


Na samym schemacie nie do końca widać jaki będzie efekt końcowy, więc fajnie mieć takie próbki. Te już trafiły do mamy. Ale są udokumentowane, więc w razie czego można zobaczyć czego się spodziewać.
Z tych schematów korzystałam (już kiedyś wspomniane na blogu):



śnieżynki ułożeniem dokładnie odpowiadają schematowi. Tylko ostatnia jest z  drugiego schematu.


Z tego schematu na razie zrobiłam tylko pierwszą śnieżynkę, przez niegroźną, ale upierdliwą kontuzję palca (której się nabawiłam przy dłubaniu innego prezentu, o którym będzie po świętach). Jak dorobię to dorzucę.

30 listopada 2015

torba z ptakiem

Smoczyca kocha Liwerpól. Ja się na tym w ogóle nie znam, ale wedle zasady przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi też ich lubię. Chociaż nie na tyle żeby oglądać. Zdecydowanie wolę koszykówkę. Ale nic straconego, Smoczyca ich ogląda, czyta o nich i  myśli, i mówi mi wszystkie nowinki. Niewiele z nich rozumiem, ale skoro Smoczyca ich lubi to nie mogą być źli. W kilku moich zeszytach mam dowody na jej miłość do nich. I dlatego z okazji urodzin Smoczyca dostała ode mnie prostą zakupową torbę z ptakiem, który, z tego co mi tłumaczyła, jest jakąś dziwną mieszanką różnych ptaków i oczywiście logiem Liwerpólu.

a takie urocze ściany (i gazrurki) mamy w pracowni

Torba jest w praktycznym czarnym kolorze, który nie brudzi się tak szybko jak biały (zwłaszcza w pracowni). Forma jest najprostsza jaka mogła być, ale do odszycia góry przyszyłam jeszcze kieszonkę. Bo kieszonki są fajne.


Liwerberd został namalowany dzięki mojemu fantastycznemu sposobowi na szablony. Chociaż tym razem miałam problem z nadrukiem. Do tej pory nie próbowałam malować na ciemnych tkaninach i zawsze było dobrze. Farbę mam dość rzadką, więc wsiąkała, ale nawet mnie to cieszyło, bo nie robiła się skorupa. Za to ta tkanina nie dość, że wciągała farbę jak wodę, to jeszcze przez ciemny kolor, czerwony po wyschnięciu praktycznie znikał. Musiałam znowu nakleić szablon i pomalować jeszcze raz, ale dzięki tej wyschniętej warstwie, farba już się tym razem aż tak nie wchłaniała. W sumie nałożyłam cztery grube warstwy i dopiero wtedy czerwony faktycznie był czerwony i odróżniał się od tła. Ale niestety jest trochę nierówno. Nakładałam to przez tapowanie i nie wiedziałam ile jeszcze warstw mnie czeka. Niestety ostatniej nie wyrównałam.
Więc tym razem niecierpliwość mocno utrudniła sprawę - powtórne wpasowanie szablonu w słabo widoczny obrazek było upierdliwe. Choćby z tego względu przydałoby się odczekać aż farba trochę przeschnie, bo wtedy widać jak się zachowuje.


nidża już zdążył torbę zbadać

Smoczyca marudzi, że mój sposób pisania ich nazwy dziwnie wygląda to niech ma:
Smoczyco kochana, niech Ci Liverpool wygrywa!

14 listopada 2015

żółw nindży

Skoro żółw jest nindży to musi zamieszkać ze Smoczycą. Nie wolno ich rozdzielać. Co prawda żółwie były jej obojętne, ale nindża ją przekonał. Od teraz je lubi.


Jak widać, jest to dzielny żółw wojowniczego nindży i jako jego wierny towarzysz bierze udział w misjach specjalnych narażając życie.


A ja ciągle cierpię na brak maszyny...



twór: żółw nindży
rok powstania: październik/listopad 2015
miejsce zamieszkania: z nindżą i Smoczycą
schemat: ni ma

23 października 2015

nindża

Smoczyca to fajny typek. Dlatego postanowiłam dać jej jakiś prezent. Myślałam i myślałam, i nie wymyśliłam nic, ale Smoczyca sama wymyśliła co chce. Padło na nindże.


Nindża jest jak widać groźny, waleczny i ma miecz - jak nie widać. Ale ma.
Generalnie wyszedł podobnie do moich wyobrażeń, ale nie jestem całkiem z niego zadowolona. Czegoś mi tu brakuje... Coś jest nie tak. Ale nie wiem co.


Płodny szydełkowo ten październik. Tak to jest jak zabierają maszynę - ADHD rąk się samo nie zaspokoi.

Nindża uczestniczy nie tylko w wielkich scenach walki niczym Bruce Lee albo Czarna Mamba. On jest profesjonalistą. Potrafi też szpiegować i bierze udział w misjach specjalnych. Tu na przykład wciela się w rolę konserwatora, będąc na tajnej misji unieszkodliwienia Człowieka Piwo.


"nie żaden spider, nie żaden bat - to moherowy nindża uratuje świat!"

twór: nindża Stanisław
rok powstania: październik 2015
miejsce zamieszkania: z kluczami Smoczycy
schemat: metoda prób i błędów

19 października 2015

tapicerowanie

Mi miała krzesła. A właściwie nie miała, więc jak się trafiły zdobyczne, noszące ślady użytkowania i chałupniczych interwencji w związku z tymi śladami, to nie marudziła. Były stare, ale krzesła jak krzesła. Stabilne konstrukcyjnie utrzymywały siadaczy i nie miały wielkich braków poza paskudną szmatą na wierzchu przetartą w kilku miejscach. A że tapicerowanie to prawie w moim zawodzie, Mi zaproponowała współpracę.

Zaczęło się od destrukcji. Rozmontowałyśmy krzesło, oderwałyśmy starą tkaninę i na jej podstawie przygotowałyśmy wykrój. Wnętrzności tapicerki dzielnie się trzymały, więc przestrzegałyśmy podstawowej zasady konserwatora "póki się trzyma, nie ruszamy". Uznałyśmy, że wystarczy zmienić tkaninę wierzchnią, więc to właściwie obicie, nie tapicerowanie. Użyłyśmy resztek dżinsu, który nie sprawdził mi się w szyciu spodni, bo był za gruby i za sztywny. Na podatne na wycieranie pokrycie krzesła w sam raz.



Najpierw zszyłam elementy dołu. Mi przy okazji po raz pierwszy próbowała szycia na maszynie. Potem wystarczyło przybić dżins do siedziska i przodu oparcia. Niestety użyto tu bukowej sklejki, która nie jest wdzięcznym materiałem do wbijania gwoździ. Twarde toto było i gwoździe się wyginały. Tat pożyczył nam zszywacz budowlany i choć zszywki też się wyginały to na pewno szło szybciej niż z wbijaniem gwoździ. Na koniec trzeba było przyszyć (tym razem ręcznie) tył oparcia zasłaniający zszywki i strzępiący się materiał, w taki sposób, żeby nie było widać po prawej stronie. Nie miałyśmy niestety półokrągłej igły. Na pewno łatwiej by się szyło.
Jak na pierwsze tapicerowanie nie jest tragicznie. Na pewno wygląda porządniej, poza tym nie ma już tego sraczkowatego koloru.

9 października 2015

ogórek

Dziad lubi ogórki. Są zabawne. Ale trochę za duże, jak na jego potrzeby. Dlatego załatwiłam mu mniejszy.
I szydełko po długiej przerwie znowu zostało użyte podczas dłubania. Jak nie mam maszyny, to muszę się wyżywać w inny sposób.



Zrobienie go zajęło mi niecałe dwa dni. Dziwne, że tak szybko. Zazwyczaj z wielo-zmienno-kolorowymi tworami długo się męczę. Docelowo miał to być breloczek do kluczy, ale jak go Dziad wykorzysta, nie jestem pewna.



Wzorowałam się na tym zdjęciu, a później napatoczył mi się szydełkowy tutorial - można go znaleźć tu. Co prawda nie korzystałam z niego, bo zaczęłam zanim go znalazłam, poza tym chciałam coś znacznie mniejszego, ale koncepcja jest ta sama.



twór: ogórek/volkswagen t1
rok powstania: październik 2015
miejsce zamieszkania: z Dziadem
schemat: właściwie brak, ale bardzo podobny jest tu

17 września 2015

dżinsy męskie

Dziadowi podarły się wszystkie spodnie. A że dbam o swojego Dziada, postanowiłam mu uszyć nowe. Kupiliśmy dżins. Wykrój z makowej strony na spodnie o kroju dżinsów wzięłam trochę większy niż jego rozmiar, bo Dziad lubi mieć luźno i swobodnie, a garniturowe GN- 2 wyszły trochę za wąskie. Ten rozmiar też nie jest idealny, ale łatwiej kijek zacienkować niż go potem pogrubasić. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że dżins okazał się strasznie sztywny. Tak to czasem bywa jak się kupuje przez internet. I przez tą sztywność i trochę jednak za duży rozmiar tak się lipnie układają.



To druga rzecz, która bije rekordy czasu w jakim powstała - szyłam ją około roku. Trochę mnie zdołowało to, że tkanina mało się nadaje na spodnie. Ale Dziad stwierdził, że i tak będzie w nich chodzić. Więc dokończyłam i nawet zmusiłam go do zapozowania do zdjęć. Teraz myślę czy moczenie w occie jest dobrym sposobem na za sztywną tkaninę. W podstawówce na kości kurczaka działał. Tyle, że później nikt nie zamierzał ich nosić ze sobą. Nie wiem czy pranie poradzi sobie z taką "perfumą".
I jeszcze muszę przyszyć kieszenie z tyłu, ale poczekam z tym na powrót maszyny.

9 września 2015

kieca ślubna Mi - góra

Jak tylko Mi znalazła satysfakcjonującą ją sukienkę i mi ją przedstawiła zaczęłam konstruować. Opierałam się na mojej ulubionej książce R. Kowalczyka i jego bluzce z cięciem frakowym. Musiałam nanieść trochę poprawek. Przede wszystkim zmienić dekolt i ramiączka. Potem tradycyjnie szyłam wszystko z prześcieradła. Po przymiarce zwęziłam całość, pogłębiłam pachy i stwierdziłam, że trzeba poszerzyć trochę ramiączka. Pasek nie jest centralnie w talii, bo strasznie skracało to sylwetkę. Dlatego dół trochę wydłużyłam umieszczając tylko górną krawędź paska w talii.

I wydawało by się, że wszystko ok, ale po drugiej przymiarce tego samego prześcieradłowego prototypu okazało się, że w obwodzie w talii brakuje ok 4 cm! No to przerażona zaczęłam kombinować i poprawiać wykrój. A chcąc się jeszcze upewnić co do moich obliczeń  znowu męczyłam Mi przymiarką. I co wyszło? Że prześcieradłowy prototyp leży dobrze i nic nie wie o jakichś brakujących centymetrach.
Mi zaczęła się codziennie mierzyć i wahania w talii wynosiły maksymalnie 1,5 cm.
Przestałam wierzyć w uczciwość prototypu. Wkręcał mnie, dziad.

Sukienka dużo lepiej wygląda na Mi niż na Sznurku. Za chudy jest. I nóg nie ma. Ogólnie na zdjęciu wygląda dużo gorzej niż w rzeczywistości. I dlatego na śluby wynajmuje się profesjonalnych fotografów. Profesjonalista zrobił profesjonalne zdjęcia - są tu.

8 września 2015

świadkowa sukienka

Z tą sukienką miałam chyba najmniej kłopotów. Najszybciej ją też uszyłam. W łikend była gotowa. Może to kwestia tego, że mogłam ją przymierzyć w każdej chwili, a nie tak jak z resztą- czekać, łazić za modelami, ale jednocześnie starać się nie męczyć ich zbytnio i nie zniechęcić do moich nieudolnych krawieckich metod.
Ale zapewne to jednak prawo Marfiego. Ta sukienka była najmniej ważna (bo dla mnie), więc poszło z nią najłatwiej. Przeżyłabym jakby nie wyszła. Nikt by nie był rozczarowany i nie miałby kłopotu w co się ubrać. Za to inne kreacje... Im wyższa ranga tym gorzej mi idzie. Ślubna, mimo że w konstrukcji prosta, szyła mi się najgorzej i cały czas wychodziły jakieś nowe błędy. Mamina sukienka też wymagała poprawek i wielogodzinnych przemyśleń. A i tak ciągle wygląda jak bezkształtny worek. O garniturach nie wspominając... Dalej się z nimi męczę.

Zdjęcie kiepskie, bo było kiepskie światło. Może na ślubie uda się zrobić lepsze.

Ten model konstruowałam przy pomocy książki "Zunifikowana metoda kroju damskiego. Odzież lekka", nie ufałam jej do końca, ale wymagała niewielu poprawek. Tylko pogłębienie pachy i obniżenie wysokości piersi - za każdym razem muszę to zmieniać, kiedy korzystam ze starych książek o konstrukcji (nowych nie mam). Poza tym dziwnie się marszczyła pod biustem, ale po zebraniu tkaniny na szwach jest trochę lepiej. Zmiana dekoltu i długości to już moje widzimisię, więc się nie liczy. Dekolt wykroiłam trochę za szeroki i kiedy układam ramiączka w standardowym miejscu, to dekolt odstaje. Więc są niestandardowo daleko od szyi. Ale ciągle w granicach normy, więc niech będzie. Ale należy pamiętać, że to częsty problem przy pogłębianiu dekoltu z wykroju. Najlepiej uszyć z jakiejś szmaty roboczej i zrobić zakładki, które po naniesieniu na wykrój można zamknąć żeby na modelu właściwym ubrania już ich nie było.
Dekolt i pachy wykończyłam lamówką z tej samej tkaniny, przyszytej do prawej strony, a po zaprasowaniu przyszytej ściegiem niewidocznym od wewnątrz, dzięki czemu nie ma stębnowania po prawej stronie.

Uszyta jest z bawełnianego kretonu, jak widać jest to dość sztywny materiał, przez co się specyficznie układa. Inspiracją była ta sukienka z 1940 roku. Uprościłam ją mocno. Zrobiłam zwykłe ramiączka, prostszy dekolt i nie chciałam tego "fartucha".


5 września 2015

Malczisznik

Nie tylko Kutulu zwiedza świat!
Dinozaur i rekin zwiedzali ukraińską Czarnohorę. Tym razem z Dziadem i Zakapiorem. Taki męski wypad.


U Zakapiora na rumuńskim kapeluszu.


A z Dziadem się nawet napili. I koszulka się załapała.

19 sierpnia 2015

Kutulu

A podobno Cthulhu, choć jak dla mnie to jakiś dziwny zlepek przypadkowych liter. Jest to kolejny potwór z książki, o której wspominałam przy okazji Nosferatu i jednocześnie forma zapłaty za nią. A właściwie łapówki. No dobra, sposób odwdzięczenia się i okazania ciepłych uczuć.


Jest nieodłącznym towarzyszem An. To była miłość od pierwszego wejrzenia. A teraz zwiedzają razem świat. Duma mnie rozpiera.


Zdjęcia ukradłam.Więcej foci ze szczegółami będzie jak na drugim końcu świata wyjdzie słońce.

twór: Kutulu
rok powstania: ok. 2010
miejsce zamieszkania: gdzie An, tam on. Aktualnie gdzieś w świecie.
schemat: z książki.

7 sierpnia 2015

deska na kundla

Jak już wspominałam Mi ma kundla. I nosiła go w strunowej torebce, bo nie miała na niego ubranka. Teraz już ma. W prezencie urodzinowym dostała pokrowiec na czytnik.



Nakombinowałam się przy tym, że hej. Nie jestem całkiem zadowolona, ale ważne, że spełnia swoją funkcję. I pliszka ma się gdzie podziać. Niestety nie miałam czytnika żeby przymierzyć czy pasuje i ramka wyszła trochę ciasno. Trzeba pamiętać o dodawaniu kilku milimetrów luzu w takich przypadkach. Oprócz ramki/wałka czytnik trzymają też gumki.


Całość usztywniłam twardą okładką od zeszytu. Poza tym od wewnątrz wypchałam pokrowiec ociepliną, żeby amortyzował czytnik w razie jakichś wstrząsów i izolował od zimna - czytniki go nie lubią.