30 grudnia 2015

kula ziemska

Już od dawna chciałam zrobić szydełkową kulę ziemską, ale nie bardzo wiedziałam jak się za to zabrać. Czy zrobić niebieską kulkę, a potem powyszywać na niej kontynenty, czy może od razu szydełkować razem z kontynentami, ale jak wtedy dobrać odpowiednią skalę?




W końcu znalazłam taki schemat. Co prawda tu przeznaczony jest do dziergania, ale to właściwie nie robi różnicy. Brakowało mi na nim Antarktydy i białej Grenlandii, poza tym jak dla mnie Nowa Zelandia była trochę za bardzo na północ. Trochę pozmieniałam i ponumerowałam, żeby łatwiej było nad tym panować..


Ziemia wyszła jakaś taka jajowata i dosyć duża, jak na moje twory, ale nie wiedziałam jak ją proporcjonalnie zmniejszyć. Może jeszcze kiedyś spróbuję sama sobie narysować Świat. Poza tym Antarktyda wyszła chyba trochę za mała. Następnym razem poszerzyłabym ją o jeszcze trzy rządki co najmniej. Teraz powiększyłam ją wyszywając.


Mi od świąt jest jej nowym właścicielem.

twór: kula ziemska
rok powstania: listopad/grudzień 2015
miejsce zamieszkania: z Mi
schemat: o tam

28 grudnia 2015

dziadowy garnitur

Nie podobał mi się garnitur Dziada. Nie mogłam na niego patrzeć. Za luźne toto, kolor ma niespecjalny i w ogóle mój piękny, zgrabny i młody Dziad wygląda w nim jak stary dziad. No i się porwałam z motyką na słońce. W sumie i tak poszło mi zaskakująco dobrze jak na kogoś bez żadnego doświadczenia w tym zakresie. Niby miałam dużo czasu, bo Dziad raczej unika takich strojów. W sumie zajęło mi to ponad rok, ale tuż przed ślubem Mi nerwowo go kończyłam.
Wykrój marynarki jest z kwietniowej Burdy 2014. Pozmieniałam go mocno. Stójkę i kołnierz wydłużyłam, trochę zwęziłam w talii i przede wszystkim zwęziłam rękawy. Spodnie z Burdy mi się nie podobały przez zakładki, więc wykrój wzięłam z papavero. Chyba mogłam wziąć rozmiar większe. Ale skoro wybredny Dziad nie marudzi zbytnio to nie mogą być tragiczne.


to nie jest dobra poza do prezentowania garnituru, ale Dziad ma taki styl. Normalnie wszystko układało się trochę lepiej, ale to jedyne zdjęcie ze ślubu, na którym go w miarę dobrze widać w całości.

26 grudnia 2015

drewniany niedźwiedź

Zastanawiałam się jakie zwierzęta lubi Zakapior. Ustaliłam i upewniłam się, że niedźwiedzie. No tak, przecież nawet z nimi rozmawiał. Już wcześniej myślałam o wydłubaniu dla niego niedźwiedzia - wydał mi się dosyć łatwy do rzeźbienia, bo nie ma odstających elementów, które ewentualnie miałyby ochotę się odłupać. I faktycznie, brak długich i cienkich odstających elementów mnie przekonał, choć tym razem już nie obyło się bez samookaleczenia.


Najtrudniejsze do wyrzeźbienia były bardzo małe przerwy między łapami niedźwiedzia i między jego tułowiem i stopami, spowodowane niewielką jego skalą. Łupliwa lipa (ta sama, z której powstał pingwin) nie ułatwiała zadania, ale jakoś się udało, choć te miejsca nie są najlepiej wykończone. I właśnie przy tych manewrach uszkodziłam sobie rękę we wkurzających miejscach. Ale niezbyt poważnie i nie tak, żeby nie móc skończyć dzieła.

tu w trakcie rzeźbienia. jak widać po tle nawet pracownię odwiedził.

Niedźwiedź wyszedł mi trochę kanciasty, ale nie chciałam już przekombinować. Detali typu oczy i nos mu nie zrobiłam, bo nie mam takich małych i precyzyjnych narzędzi, a przede wszystkim nie chciałam nic zepsuć. W każdym razie przypomina niedźwiedzia, a to najważniejsze. I ma zabawny ogonek. Nie jest tak ładnie wyszlifowany jak pingwin, ale myślę że wtedy wyglądałby jak łysy. Jego też na koniec machnęłam lakierem żeby się nie brudził. Zakapiorowi chyba się podoba.


Przy okazji pozdrawiamy bieszczadzkie niedźwiedzie, które to właśnie Zakapior zagadywał.


25 grudnia 2015

ewolucja i nie bmx

Franusiowi podobała się koszulka z ewolucją i Dżordanem. Tylko, że on nie ma pojęcia o koszykówce. Nie wiedział nawet, że to Dżordan, a kim on jest też wiedział bardzo mgliście. I sam wymyślił sobie zakończenie ewolucji. Jak na Franusia przystało wybrał bmx. Całkiem dobry pomysł. Długo na nią czekał. Ale ponieważ ostatnio Franuś zachowuje się dużo lepiej, to pod choinkę dostał ode mnie właśnie tą koszulkę. Tym razem zasłużył.


Trochę koślawo, ale robiłam po nocy i chora, a Franuś i tak pewnie nie zauważy. Szablon najlepszy na świecie, ten co zawsze. Kolor nienajlepszy, ale innej koszulki męskiej nie miałam. Zresztą i tak jak Franuś zobaczył nadruk to zawył ze szczęścia i na kolor nie zwracał już uwagi. Potem stwierdził, że szkoda, że to mtb, a nie bmx. A przecież brałam kształt z gógla po wpisaniu bmx i ze strony z różnymi sylwetkami bmxów, ale jak zgłębiłam sprawę różnic między mtb a bmx, to wynika, że są niewielkie, ale wystarczające żeby nawet na takim obrazku było widać, że to nie ten co powinien. Nawet Dziad zauważył, że to mtb. Dlaczego nikt nie uświadomił mnie wcześniej, że tych sprzętów jest kilka rodzajów?

24 grudnia 2015

drewniane broszki

Prezenty! Się rozkręciłam z tymi fachowymi prezentami. Postanowiłam potraktować poważnie mój pirograf (od kiedy go dostałam wypalałam tylko jakieś pierdoły na drewnie, które i tak szło do kominka) i wykorzystać go do zrobienia prezentów, a nawet jak nie "tów" to przynajmniej "tu". Od razu miałam wizje małej drewnianej broszki. A obok broszki potraktowanej pirografem zwizualizowała się broszka intarsjowana. Zatem wykorzystałam obie metody. Najpierw załatwiłam sobie dębowe kółeczka (początkowo miały być elipsy, ale trudniej je wyciąć i już nie chciałam kombinować), a potem zaczęłam się wyżywać artystycznie - wiercenie kółeczek to przecież ordynarne stolarstwo. Najpierw wypaliłam oset. Na drewnie, znaczy. Dla Mi. Ona lubi chwasty. Zresztą kto nie lubi ostu?!

W rzeczywistości wygląda dużo lepiej niż na zdjęciu w powiększeniu.

Nie jest to dzieło sztuki, ale zaskakująco dobrze mi poszło. Myślałam, że ze względu na dużą gęstość dębu i nierówności spowodowane przyrostami, mój pirograficzny debiut będzie katastrofą. Wystarczy nie wciskać mocno i jakoś idzie. Tylko przy poprawianiu czasem mi zjeżdżał z linii. Jak widać (albo nie za bardzo) brzeg też wypaliłam. Chciałam jeszcze wypalić coś dla mamy, ale nie wiedziałam co. A potem przyszedł Dziad i zapytał, po obejrzeniu ostu, czy naprawdę to ma być broszka i czy ktokolwiek będzie chciał to nosić. No i mnie zniechęcił. Dlatego mama dostała tylko mini-intarsje. Wizja obejmowała nie tylko metodę, ale też temat intarsji - liście. Lipowy i klonowy.


Lipowy, chociaż bardziej przypomina brzozowy, łatwo było zrobić, bo i kształt łatwiejszy, a naczynia drzewne tworzą fakturę liścia (żyłki). Z klonem już tak łatwo nie było. Nie wiedziałam jak go zrobić żeby było widać, że to liść, a nie plama w jego kształcie. Nie wpadłam na nic sensownego, ale miałam kawałek mahoniowego forniru, którego pasiasty skręt włókien ciekawie odbija światło. No i tyle. Wyszła mieniąca się plama w kształcie liścia klonu. Zawsze to lepiej niż zwykła plama, prawda?
Ale ponieważ podczas wycinania nic się nie połamało (mahoń tylko trochę się kruszył), a dodatkowo cięłam oba forniry naraz, postanowiłam użyć znanej metody intarsjowania, bardzo oszczędzającej materiał. Tak powstały dwa listki w lustrzanym odbiciu kolorów. Nie mogłam się tylko zdecydować, który dać mamie, a który Mi.


Lipowy listek jest z orzecha na tle z olchy, a klonowy, jak już wspomniałam mahoniowy na brzozowym tle - ten drugi oczywiście odwrotnie. Lipowy wyszedł koślawo, bo orzechowy fornir kruszy się, że hej. Początkowo ogonki miałam wypalać pirografem, ale doszłam do wniosku, że takie łączenie metod może do siebie nie pasować, poza tym w mahoniowym tle, wypalony ogonek byłby słabo widoczny. Dlatego do przyklejonych już listków dorobiłam ogonki metodą inkrustacji. Myślę, że tak lepiej wygląda, niż wypalone. Dłutem wycięłam większość łodyżki, ale jakieś malutkie drzazgi w zakamarkach dłutem było trudno, więc wydłubałam... prujką krawiecką! Nie ma to jak profesjonalne sprzęty konserwatora.
Przyklejone i wyszlifowane listki, polakierowałam i przymocowałam do nich broszkowe agrafki. Nie bardzo wiedziałam jak, trudno by było znaleźć aż tak małe gwoździe, więc przykleiłam klejem dwuskładnikowym. Zrobił niezbyt elegancki glut, ale ważne żeby trzymał. W klonowych broszkach agrafki przykleiłam tak, żeby po przypięciu listki nie były pionowo łodyżką do dołu - za bardzo może się kojarzyć z Kanadą, zwłaszcza ten na jasnym tle.

10 grudnia 2015

drewniany pingwin

Wymyśliłam sobie, że mogę dawać prezenty związane z moim fachem. Tak mi przyszło do głowy i nie chciało pójść. I tak zrobiłam. Wyrzeźbiłam pingwina. Dziad lubi pingwiny. Są zabawne. I dlatego dostał go w prezencie mikołajkowym.


Pingwin jest lipowy. Wysiała się nam na działce w nieodpowiednim miejscu, więc trza ją było ściąć, ale zanim to nastąpiło wyhodowaliśmy sobie cenny surowiec. Do rzeźbienia w sam raz ze względu na jej gęstość.

pingwin potrafi stać na nogach, ale czasem jak ma nierówno, albo nie uważa, to pomaga sobie ogonem

Wyrzeźbiłam go za pomocą  noża, którego sprezentował mi tat. Choć to nie było jedyne używane tu narzędzie - do jego powstania przyczyniła się też moja fantastyczna japońska piła i dłuto. Jestem z siebie dumna, że podczas tych ryzykownych operacji, sprzecznych z wszelkimi zasadami bhp (przez moje lenistwo), nic sobie nie ucięłam!


Na koniec, pingwin został wyszlifowany papierem ściernym, bo jego główną cechą miały być obłe kształty i miękkie linie. Pingwiny przecież właśnie takie są. A żeby jasna i podatna na zabrudzenia lipa jednak aż tak podatna nie była, jeszcze pokryję go lakierem półmatowym. No i jest.


5 grudnia 2015

frywolitkowe śnieżynki

Śnieg w Miasteczku już padał, a i przy okazji adwent się zaczął, więc robienie frywolitkowych gwiazdek jest całkowicie uzasadnione. Można potraktować to jako przygotowania do świąt i nastawienie się psychiczne na zimę. Wykorzystałam różne frywolitkowe schematy śnieżynek jakie znalazłam, które nie były zbyt duże, żeby nie wyszły z nich serwety.
I nie, nie mam już w domu choinki - to jodła z ogrodu.

tu widać dwie śnieżynki z pomyłką - są pięcioramienne, a powinny być sześcioramienna, jakoś mi się skróciło, ale w tej wersji też wyglądają nieźle.


Na samym schemacie nie do końca widać jaki będzie efekt końcowy, więc fajnie mieć takie próbki. Te już trafiły do mamy. Ale są udokumentowane, więc w razie czego można zobaczyć czego się spodziewać.
Z tych schematów korzystałam (już kiedyś wspomniane na blogu):



śnieżynki ułożeniem dokładnie odpowiadają schematowi. Tylko ostatnia jest z  drugiego schematu.


Z tego schematu na razie zrobiłam tylko pierwszą śnieżynkę, przez niegroźną, ale upierdliwą kontuzję palca (której się nabawiłam przy dłubaniu innego prezentu, o którym będzie po świętach). Jak dorobię to dorzucę.