30 grudnia 2016

zeszło szydło z drzewa

Mi kiedyś trochę szydełkowała. Wydawało mi się to wtedy mistrzostwem w tej dziedzinie, ale tylko mi się wydawało. Szczytem jej osiągnięć były płaskie placki, ewentualnie czasem zszywane. No ale faktem jest, że podstawy zna, chociaż dobrze to ukrywa. Ponad dekadę.



W każdym razie, nagle Mi zapragnęła tworzyć, ale zabrakło jej sprzętu. A jak już zapragnęła to z rozmachem - szydełkiem nr 20. Znaczy takim o średnicy 20 mm. Ale Mi jak zawsze było szkoda kasy, nie potrzebowała go na już, było dosyć drogie, a dla jednego szydełka cały koszt przesyłki to za dużo. Więc postanowiłam jej takie szydło wyrzeźbić.


Najłatwiej by było mieć kołek o średnicy 20 mm. Ale nie miałam, więc rozglądałam się po pobliskich drzewach. Padło na brzozę, której gałęzie przeszkadzały i i tak trzeba było je trochę przyciąć. Wyhodowała dość proste i grube gałęzie. Wybrałam taką o małej zbieżystości i odpowiedniej grubości. Trzeba wybrać nieco grubszą, niż założona średnica szydełka, bo następnym krokiem jest okorowanie patyka.


Kiedy badyl jest już goły i ma odpowiednią średnicę, można rzeźbić końcówkę. Jak widać na zdjęciu mojego przykładowego szydełka, właściwa grubość zaczyna się ok. 2 cm od góry - zwężenie jest dosyć spore, więc jeśli gałąź też się trochę zwęża, nie trzeba się tym martwić. Najważniejsza i tak jest sama końcówka i kilka cm za nią, dalej trzyma się rękę, więc grubość nie musi być idealnie taka jak założona, a gałęzie jak wiadomo są jednak zbieżyste. Chyba, że ktoś chce dziergać tym szydełkiem ścieg tunezyjski, to wtedy lepiej przyłożyć się żeby szydełko było równe i o odpowiedniej grubości na całej jego długości. Ja nie miałam szansy, bo moja gałąź jest trochę krzywa i w miejscu zakrzywienia ma sęk po innej gałęzi odchodzącej od niej, ale dzięki temu szydełko jest unikatowe. A przynajmniej tak pociesza mnie mama.
Podczas rzeźbienia pomocne jest wzorowanie się na jakimś dość grubym szydełku, wtedy widać dokładniej jaki powinno mieć kształt.


Na początku lekko zaostrzyłam końcówkę.



Potem zrobiłam nacięcie i wgłębienie do haczyka,


potem zwężenie pod główką szydełka,


a na końcu oczywiście szlifowanie. Wtedy też, za pomocą cienkiej deseczki owiniętej papierem, wyszlifowałam trudno dostępną szczelinę i zrobiłam odchodzące od niej wgłębienia z obu stron. Zaczęłam od gradacji 100 (jakaś taka wyjątkowo drobna była), a skończyłam na 240. Przy szlifowaniu papierem, ma też znaczenie jego dotychczasowe zużycie, więc najlepiej samemu oceniać czy nie rysuje za bardzo drewna i dobierać gradację zależnie od rezultatów.



A na koniec wygładzanie sposobem, który zawsze stosował Tat - szkłem. Nie mogłam nic znaleźć na ten temat w internecie, nie przypominam sobie też żeby na studiach o tym wspominali, więc to chyba zapomniany sposób. Może przez to, że jest dość pracochłonny. Polega na pocieraniu szkłem (butelką, słoikiem) wyszlifowanego drewna, mocno je do niego dociskając. W ten sposób, bez użycia żadnych dodatkowych powłok i chemii, uzyskuje się idealnie gładkie i wypolerowane drewno. Na zdjęciu poniżej trochę widać ten połysk, ale trudno go było uchwycić. W rzeczywistości jest o wiele większy.


To było najbardziej męczące z całego procesu, bom cienias i szybko się męczyłam dociskając i szorując. Dziad trochę pomagał.
Ogólnie samo rzeźbienie i szlifowanie zajęło mi ok. 2 godziny. To naprawdę było łatwe i szybkie.
Jestem tylko niezadowolona z sęków. Chociaż małe, to oba pękły. Większy udział drewna późnego czyli więcej drewna w drewnie i tak się dzieje. Musiałam je mocniej zeszlifować żeby nitki się nie zahaczały, ale szczeliny i tak zostały.

24 grudnia 2016

chciałbym żebyś był piwem

Dziad lubi piwo. Bardzo. Dla mnie nie jest to do końca zrozumiałe, ale z moich obserwacji wynika, że tą sympatię podziela większość mężczyzn. Chyba, że tylko udają...
Tak czy inaczej Dziad nie udaje, bo tych świecących oczek i szczęścia wypisanego na twarzy podczas degustacji, nie da się udawać.
Teraz wypisane jest to też na jego koszulce.


Tym razem wyszło mi miejscami mniej równo niż zwykle. Chyba za bardzo chciałam żeby farba była dobrze rozprowadzona we wszystkich zakamarkach i szorowałam pędzlem we wszystkie strony. Zwykle bardziej się spieszę i nie mam czasu się przykładać. Jak widać na dobre mi to wychodziło.
I jak zawsze ten sam sposób na szablon. Trzeba mieć koszulkę (najlepiej jasną, na ciemnych trzeba specjalny rodzaj farb albo duuużo warstw), kartkę papieru ze wzorem, który chcemy namalować, folię spożywczą, szmatkę i żelazko.
Wzorów można szukać np tu.
Ten konkretny, zmontowany przeze mnie, jest tu.

20 grudnia 2016

koralikowe gwiazdki

Chciałam wreszcie stworzyć coś z koralików. Nie tylko planować, że coś stworzę. Otworzyłam pudełko z koralikami i znalazłam dawny twór, przez co przypomniała mi się taka historia:


Pewnego razu pomyślałam, że zrobię koleżance na święta kolczyki gwiazdki z koralików. Wcześniej już znalazłam jakiś tutorial (to była moja pierwsza styczność z koralikami w tej formie) i wygrzebałam żyłkę ukradzioną Mi i koraliki od Mi, zakupione do ozdabiania frywolitek, z którego jakoś nic nie wyszło.
Usiadłam przy stole i zaczęłam robić. Dłubię sobie i żalę się, że ciężkie jakieś to wychodzi, że chyba za ciężkie jak na kolczyki, że może jednak niech to będzie wisiorek, że chyba w ogóle za mało spektakularne, że jakoś dużo schodzi tych koralików, a mi szkoda zużyć wszystkie na kolczyki, które się mogą nie spodobać...

I przyszedł Tat. Spojrzał na półtorej gwiazdki i spytał co to. To mówię, że gwiazdki na prezent i pytam czy ładne.
Na to Tat: no bardzo ładne. A dla kogo?
ja: Dla koleżanki.
Tat: A koleżanka ma 5 lat?
ja (niepewnie): Nie... 22... Niedobry prezent?
Tat: Nie no, dobry.  ...  Jeśli koleżanka ma 5 lat.


I tak skończyło się moje pierwsze i ostatnie (jak do tej pory) dłubanie w koralikach. Minęły 2 lata, a ja ciągle nie dałam prezentu. Nie znalazłam 5 letniej koleżanki...

6 grudnia 2016

ciążowa bluza do karmienia

Ada jest w dwupaku z mini człowieczkiem. A że mini człowieczek ciągle się stara być mniej mini, to przestała się mieścić w ubrania które ma. To zaproponowałam pomoc. Okazało się, że nawet ma wybrane konkretne modele. I chociaż Ada sama trochę szyje, to nie odważyła się za nie zabrać.
A modele ubrań dla kobiet w ciąży albo z mini ludźmi już nieograniczonymi brzuchem są bardzo sprytne. A najsprytniejsze są dla karmiących piersią. A ja lubię kombinować i szyć sprytne ubrania, więc się w sprawę bardzo zaangażowałam.
"Ciążowa" i "do karmienia" trochę się wykluczają, ale chodziło o ubrania do karmienia, w które można się zmieścić jeszcze w ciąży.


Ada znalazła różne sprytne rozwiązania, między innymi taką ciążową bluzę do karmienia.
Na niej się wzorowałam. Jako, że w temacie karmienia piersią jestem zielona, to wszystkie moje domysły były na chłopski rozum.
Jako wykrój wyjściowy posłużyła mi bluza, którą ostatnio szyłam. Skoro już miałam przygotowany wykrój, to nie chciało mi się drukować i sklejać innego. Zrezygnowałam tylko z tych cięć na przodzie. Bluza na mnie wyszła sporo za duża, więc ciężarna (moich rozmiarów zanim zaczęła być ciężarną) też w nią wejdzie. A i tak zwęziłam przód o zapas na szew i całkiem sporo tyłu, bo dzianina była rozciągliwa.
Po długim oglądaniu zdjęć i zastanawianiu się, doszłam do wniosku, że model jest z kimonowym rękawem przerobionym na raglan. Myślę, że kimonowy, nie bardzo luźny rękaw, ułatwia odsłanianie czego trzeba i karmienie, bo najwyższy punkt jego wewnętrznej strony wypada w okolicach podbiuścia, a nie pod samą pachą, jak w przypadku standardowych bluzek.


Kimonowej pachy nie narysowałam zbyt nisko, bo u mnie w bluzie pacha znajdowała się w okolicach biustu. Najważniejsze żeby rozpinała się wystarczająco na tyle, żeby dało się karmić dziecko. W tym czasie dekolt jest zasłonięty wszytą wstawką i nawet jakby ktoś bardzo chciał, nie może się przyczepić do publicznego obnażania.

21 listopada 2016

Franusiowy bmx

Zbliżały się imieniny Franusia. Duże z niego bydlę urosło, więc taniej wychodziło kupić gotową bluzę w Lidlu niż kupować kilometry dresówki.
Ale z takiej zwykłej bluzy, chociaż potrzebnej, jest mało efektowny prezent. Dlatego urozmaiciłam ją nadrukiem. Oczywiście z beemixem.



Znalazłam Franusiowe zdjęcia jego wehikułu, żeby nie pomylić się tak jak tutaj. I po wydrukowaniu, naprasowałam folię i wycięłam. Szablony zrobiłam dwa. Jeden duży na tył i mały na przód. Dużo było wycinania. Należy pamiętać o połączeniach elementów nie stykających się z ramką jak np środki kół. Opis wykonania szablonu do naprasowania jest tu.
Dalej wyglądało to tak:

- przyklejanie szablonu za pomocą żelazka

- malowanie. Farba się zrobiła gęsta i grudkowata, przez co robiły się smugi

- więc likwidowałam je za pomocą gąbki i tapowania. Jak widać, jest to kawałek gąbki do zmywania - trzeba sobie radzić, jak się nie ma innej.

- Tamtaratam! Rower, po odklejeniu szablonu.

Kiedyś ktoś mnie zapytał czy po odklejeniu szablonu na ubraniach nie zostają resztki folii. Do tej pory korzystałam tylko z jednej, cienkiej folii i nigdy nie miałam z tym problemu, ale tym razem użyłam nowej. I jak widać na ostatnim zdjęciu, pod rowerem trochę folii zostało. Trzeba to było zdrapywać, co było upierdliwe. Wcale nie chciało tak łatwo ustąpić. Resztek nie zdążyłam zdrapać - nimi zajął się Franuś, ale prezent tak mu się spodobał, że ta drobna niedogodność wcale mu nie przeszkadzała. Teraz, po kilku praniach, już w ogóle nie ma po tym śladu.

14 listopada 2016

skórzany męski komplet

Mati to niezwyczajny człowiek. Nasza znajomość też nie zaczęła się zwyczajnie. Pewnego dnia zaczął mnie pozdrawiać za pośrednictwem Mi, nic o mnie nie wiedząc. Potem pozdrawiał już mniej pośrednio, przez internet, a później już całkiem bezpośrednio. I tak to trwa od lat. Fajnie, prawda? Bo i Mati jest fajny. A ja lubię szyć fajnym ludziom różne rzeczy. A jeszcze bardziej lubię jak się nie czają i walą prosto z mostu co chcą. Mati zechciał listonoszkę. Nawet skórę załatwił na ten cel. A potem kupił sobie kundla, więc dożyczył sobie jeszcze kieszeń na niego.


Na szczęście chciał proste formy, więc nie stresowałam się, że wykończę maszynę i że mi zabraknie weny do szycia, przez konieczność rozwiązywania skomplikowanych problemów. No dobra. Trochę się stresowałam. I mimo że szybko się za to wzięłam i zapowiadało się, że szybko skończę, to trochę mnie to przerosło, po tym jak Tat udzielał mi rad dotyczących szycia skórzanych toreb. Znaczy się konieczne są usztywnienia, a w ogóle to powinna być inna skóra i technika, i źle się za to zabrałam. A Tat parę rzeczy skórzanych zrobił, więc wiedząc, że wie co mówi, trochę się zniechęciłam. W końcu Mati się upomniał, a jak mu się przyznałam do porażki, przekonał mnie, że usztywnienia absolutnie nie są wskazane, bo to miał być miękki, luźny, hipsterski worek - listonoszka. I chociaż trudno mi było olać rady i zrobić inaczej niż mówił Tat (znaczy kontynuować fuszerkę), wreszcie się za to wzięłam, skończyłam, i po latach na okrągłe urodziny, Mati wreszcie dostał swoją torbę, uszytą zgodnie z życzeniem.


Wbrew temu co myślałam, najtrudniejsze nie było wcale szycie tylko wycinanie. Nożyczki nie spisywały się dobrze dlatego używałam skalpela. Brzeg wyglądał lepiej, ale długie elementy, jak pasek, trudno było wyciąć za jednym pociągnięciem. Skóra przesuwała się pod linijką i cały czas było nierówno. W rezultacie ciągle próbowałam poprawić krawędź paska, a ona ciągle nie była idealna.
Ale szycie też nie było wcale proste. Najgorzej było przy przyszywaniu górnego brzegu, klapy i paska. Trudno było manewrować wtedy skórą, a maszyna raz szyła drobnym ściegiem, raz długim.

Torba jest wystarczająco duża żeby dało się w niej nosić laptop. Jak się później dowiedziałam mieści się idealnie.
Jest prosta, chciałam żeby było jak najmniej szwów, bo bałam się reakcji maszyny, dlatego dno nie jest oddzielne. Odszycie góry też nie. Górna krawędź jest po prostu zawinięta na 5 cm, dzięki czemu potrzebny był tylko jeden szew. Klapa ma tą samą szerokość co torba bez zapasów na szwy i jest z pojedynczej warstwy skóry, a pasek z podwójnej, bo skóra była dość rozciągliwa. Maksymalna długość paska wyszła coś ok 140cm, ale dorobiłam dziurki i zamontowałam klamerkę, więc można skrócić.


Żeby torba była praktyczniejsza wszyłam jej podszewkę z kieszeniami. Bo kieszenie są fajne. Podwójną z tej instrukcji i jedną wszywaną, zapinaną na zamek. Podszewka jest z jakiejś starej zachomikowanej szmaty, której wzór i ilość nie przekonywała mnie do szycia czegokolwiek i nie widziałam dla niej zastosowania. Na podszewkę w sam raz.
Końcówki nici jako, że na skórze nie można ryglować, bo straci swoją wytrzymałość, zostawiałam dość długie i ręcznie wplatałam je w już powstałe dziurki. Dzięki temu szew jest mocniejszy, nic się nie pruje i wygląda ładniej, bo nie wiszą żadne nitki.



Skórzany pokrowiec na czytnik to jak widać też nic skomplikowanego. Trzeba go dopasować indywidualnie do wymiarów danego modelu. Mój czytnik jest innej firmy i jest trochę mniejszy, ale się mieści i ma jeszcze trochę luzu. Na potrzeby zdjęć dzielnie zapozował.
A, i jeszcze rady dotycząca szycia skóry. Używałam stopki na rolkach, dzięki czemu nie przyklejała się do skóry i grzecznie po niej sunęła, ale niestety nie rozwiązywało to problemu przesuwania się warstw skóry między sobą. Szpilkami jej nie zepnę, bo podziurawię, klipsy do papieru zabierają dużo miejsca i trzeba je zdjąć zanim skóra trafi pod stopkę, a wtedy i tak się wszystko przesuwa. postanowiłam skórę skleić. Tat nie mógł mi już pomóc, a ja nie znam się na klejach do skóry. Zresztą nie zależało mi na stałym i mocnym sklejeniu tylko przytrzymaniu jej podczas szycia. Okazało się, że zwykły szkolny klej do papieru w sztyfcie, sprawdza się w tej roli bardzo dobrze. Jest po wyschnięciu przezroczysty, nie robi glutów, a łączenie jest wystarczająco mocne żeby dało się szyć bez przejmowania się przesuwaniem.

9 listopada 2016

czerwona bluza

Dawno, dawno temu kupiłam dość tanią dzianinę dresową w szalonym czerwonym kolorze. Planowałam uszyć z niej bluzę, ale jakoś tak się nie złożyło i kilka lat przeleżała w szafie. Poza tym nie mogłam znaleźć odpowiedniego wykroju. A jak już kiedyś wspominałam boję się konstrukcji dzianiny, więc sama się tego nie podjęłam. W końcu zainspirowały mnie realizacje dziewczyn wykroju na bluzę z papavero.


Nie podobały mi się tylko te cięcia. Za dużo ich jak dla mnie. Ja wolę jak najprościej. I o ile karczek był nawet ciekawy, to te w kształcie litery L zupełnie do mnie nie trafiały. Chciałam je zlikwidować bez likwidowania karczka, ale w końcu po prostu przeniosłam je jako zaszewki piersiowe. Nie do końca mi się to podoba i chyba nie jest zupełnie zgodne z fachem, ale niech już będzie, skoro dzianina się nie buntuje.


I oczywiście dorobiłam kaptur. Akurat takiej dzianinowej konstrukcji się nie boję. Brakowało mi tylko jakiejś dzianiny żeby wykończyć jego wnętrze. Ale przypomniałam sobie o starej bluzce Mi w czerwono białe paski, którą mi oddała. Bluzka miała na przodzie wielorybka i miała powstać z niej czapka. Ale wielorybek wychodził w złym miejscu czapki, więc teraz wylądował w kapturze.



Bluza wyszła na mnie sporo za duża, mimo że rozmiar wzięłam ten co zawsze. Dlatego mocno ją zwęziłam po bokach i w rękawach. Ramiona tez wydawały się za szerokie, ale po wszyciu kaptura dekolt bardziej trzymał formę, więc ramiona też się nie wyciągały. Przynajmniej zmieszczę się jak założę dużo warstw pod spód.


Bluzę nareszcie szyłam tak jak trzeba, czyli używając ściegów owerlokowych (bo mogę!), a do przestębnowania szwów w kapturze (nie dały się zaprasować) podwójnej igły. Do tej pory do dzianin używałam tylko zygzaka, bo ściegi owerlokowe wydawały mi się problematyczne. Jednak okazało się, że po małym zmniejszeniu naprężenia górnej nici, używaniu stopki do nich i uważniejszym szyciu, wychodzą bardzo dobrze. Trzeba też uważać żeby nie naciągać tkaniny za stopką. Maszyna musi mieś czas żeby wszystkie te trójkąty wyszyć. Wtedy ścieg wychodzi równy, elastyczny i schludny.



3 listopada 2016

wełniane skarpety bezszwowe

Mojej biednej mamie marzną stopy. Zwłaszcza teraz. Termofor w łóżku jest niewystarczający. Zaczyna się od stóp, a potem to już we wszystko zimno. Więc wydziergałam mamie bezszwowe skarpety na drutach.
Znalazłam jakąś wiekową mieszankę wełny, która nadawała się w sam raz na ciepłe skarpety.




Zainspirował mnie ten post na jakimś norwesko-angielskim blogu. Do tej pory zrobiłam chyba ze dwie pary skarpetek, ale innym sposobem. Ten wydał mi się bardziej interesujący. Najpierw stwierdziłam, że chyba niewiele z tego zrozumiem, ale nie było tak źle.
Znalazłam filmiki pokazujące trudniejsze momenty podczas dziergania. Dla siebie i innych postanowiłam dodać do filmików polski opis jak zrobić skarpetki na drutach tym sposobem.

24 października 2016

Stare Dobre Małżeństwo

"Prezent rocznicowo-imieninowy. Dziubany pracowicie w komunikacji miejskiej, w łóżku, w różnych życiowych poczekalniach. Suszy się na sznurku po spieraniu kredy, a przed prasowaniem."


I kto by to pomyślał, że Mi taka zdolna. Dawno temu na świetlicy z panią Jolą coś tam krzyżykowały i wydawała mi się wtedy mistrzem, ale potem nie dawała po sobie poznać, że nauka pani Joli taka długotrwała. A tu proszę. Wydłubała prezent dla teściów.


Tak więc tym razem gościnnie występ Mi, która na co dzień, hobbistycznie zajmuje się trochę czym innym. Taki z niej pigmej praktykujący kulturę zbieracko - łowiecką. 
...Łowicką...?

9 października 2016

filcowana torba

Dawno, dawno temu Tat, za sprawą Mira, załatwił mi wełnę. Taką prawdziwą, od górala. Z prawdziwej owcy. Tak prawdziwą i prawdziwej, że nawet jakieś trawy, które owca zgarnęła po drodze, dało się w niej znaleźć. Przędza była bardzo zróżnicowanej grubości. Momentami cienka jak nitka, a kiedy indziej puchata. Chyba góral sam ją prządł. I potwornie gryzła. Najpierw zrobiłam z niej sweter. To był chyba mój pierwszy w życiu sweter. Ale tak strasznie gryzł, że trzeba go było nosić na golf (szyję też gryzł), a jak wiadomo wełna sama z siebie grzeje, więc nie dało się w nim wytrzymać.
W każdym razie, jako że na odzież wełna się nie sprawdziła postanowiłam spożytkować ją inaczej. Sfilcować! Mi wysyłała mi w tamtym czasie wszystkie ładne, śmieszne i dziwaczne rzeczy dziergane jakie znalazła. Były to między innymi schematy obrazków. Wśród nich była lecąca gęś albo koń na filcowanej torbie. Gdyby nie to, pewnie bym nie wpadła żeby zrobić sobie torbę i myślałabym raczej o wykorzystaniu tego wzoru na swetrze. A to jednak byłoby zbyt hipsterskie jak na mnie.


Dobrze się składało, że wełnę miałam w dwóch kolorach - z ciemnej i jasnej owcy. Przez to nie musiałam się martwić, że coś zafarbuje, bo to najlepszy melaninowy barwnik from owca.
Gęś bardziej mi się spodobała. Konie są przereklamowane. Miałam też na zbyciu szarą wełnę więc mogłam zrobić gęsi cienie.
Gęś jest trochę za duża i nie całkiem mieści się w kadrze, ale nie chciałam przesadzić z wielkością worka. Na żywo nie rzuca się to w oczy i wbrew oczekiwaniom dużo osób chwaliło torbę z "fajnym łabędziem".

1 października 2016

poducha na szpilki

Na specjalne życzenie urodzinowe Mi, która z braku poduszki na szpilki wbijała je w tablicę korkową. Biedne szpilki. Taraz na tablicy korkowej zamiast szpilek jest rower.


Powstała z takiej torby, która walała się po domu. Niepraktyczna była zupełnie, bo mała:


A teraz jest poduchą:

28 września 2016

czarno - szaro - granatowa

Miałam wielką ochotę coś uszyć. A najbardziej lubię szyć sukienki. Na papavero były akurat sukienkowe puzzle, więc wybrałam zakazaną górę i bezglutenowy dół. Dumna z siebie pokazałam rezultaty moich przemyśleń Dziadowi, a on sprowadził mnie na ziemię, pytając czym to się będzie różnić od reszty moich kiecek. Miał racje! Byłaby właściwie identyczna. Dlatego w rezultacie wyjątkowo zdecydowałam się na prosty, ołówkowy dół drugiej trzeciej i czwartej sukienki zakazaną górę.


Miałam też 2 metry czarnej tkaniny, bawełnianej, dość sztywnej, o takim płóciennym splocie, która od lat poniewierała się po szafie, bo stwierdziłam, że nie nadaje się na ubrania. Ale chęć uszycia była większa od niechęci do tkaniny. Okazało się, że tkanina wcale nie jest taka zła.
Za to sukienka była strasznie upierdliwa. Właściwie to nie cała sukienka, a jej góra i walka z maszyną.
Zaszewki zupełnie nie potrafiły dopasować się do mojego biustu. Tak, że górę musiałam konstruować sama i sama przenosić zaszewki (takie spod biustu - jak tu), z oryginalnego wykroju odrysowałam tylko dekolt i rękawki, lekko je przy tym poszerzając w miejscu pachy.


Dopiero wtedy jakoś to wyglądało. Zaszewki jeszcze musiałam zmodyfikować, bo zrobiłam proste, a trzeba było lekko po łuku, ale i tak było o niebo lepiej niż w wersji z oryginalnego wykroju.
Za to przy zszywaniu dołu, maszyna zaczęła mi nagle pętelkować. W rezultacie szyłam na największym naprężeniu górnym i było ciut lepiej, ale i tak nie mogłam tego uznać za dobry szew. Zmieniałam igły, lekko poluzowałam bębenek, czyściłam talerzyki naprężacza i nic. W końcu zmieniłam nitki i... zaczęła szyć normalnie na normalnym naprężeniu. Tak więc czarną sukienkę z szarymi wstawkami uszyłam granatową nicią. Nie wiem dlaczego maszyna nagle pogniewała się na czarne nici. Wielokrotnie ich wcześniej używałam i było dobrze.


Mimo, że sukienka jest nietypowa jak na mnie to właściwie jestem z niej zadowolona. Z kroju. Jedynie do tych wywijanych kieszeni nie jestem przekonana. Jakoś dziwnie wyglądają. Ale tkanina rzeczywiście słabo nadaje się na sukienki. Strasznie się gniecie i marszczy.
Niezbyt dopasowany wykrój + sztywna bawełna = zmarchy.
Mi o tym mówiła w trakcie robienia zdjęć, ale dopiero podczas ich oglądania zobaczyłam jak bardzo niedopasowana na mnie jest ta kiecka. Pewnie dużo w niej chodzić nie będę, a do kolejnych poprawek nie mam na razie siły.

20 września 2016

ślub i koronki

Jak wspominałam miałam problem ze znalezieniem sukni ślubnej. Przez pewien czas już w ogóle żadna sukienka mi się nie podobała. Nie sądziłam, że kiedyś będę w takim stanie, bo uwielbiam nosić i szyć sukienki. Całe szczęście już się trochę z tego stanu wyleczyłam. Nie wiem jak niektóre kobiety mogą latami myśleć o ślubie - mnie to wykańczało i frustrowało.
Ta sukienka też nie wyszła jakaś niezwykła. Wpisuje się raczej w standardy ślubne, ale myślę, że jest skromniejsza niż większość, a ponieważ ślub też był skromny to dziwnie byłoby wystąpić w jakiejś bezie. Poza tym od początku wiedziałam, że chce jeszcze w tej sukience pochodzić. Planuję ją skrócić i przefarbować. Uwzględniłam to na samym początku kupując naturalne tkaniny (znalezienie takich nie było łatwe, szyfon niestety jest sztuczny), które pozwalają się stosunkowo łatwo farbować, poza tym lepiej się czuję w naturalnych tkaninach. Dlatego też na starcie odrzuciłam sztywne tiule, świecące poliestrowe satyny i szeleszczące tafty. To by później i tak wyglądało jak przerobiona ślubna.

Na całą suknię kupiłam 6 metrów satyny bawełnianej (60%- wystarczająco żeby dała się trochę zafarbować i żeby nie gniotła się jak 100% bawełna) i szyfonu, koronki ile było, czyli 0,7 metra (starczyło i jeszcze sporo zostało), 3 metry podszewki i dodatkowo 6 metrów fiszbin. We wszystkim uwzględnione zostały niewielkie zapasy.


Dodatkowo na gorsetową górę uszyłam koronkową bluzkę zakładaną na gorset i poupinałam na niej powycinane ornamenty z koronki. Powstała znowu z poprzerabianego tego wykroju. Pogłębiłam dekolt z przodu i na plecach, tył wykroiłam z jednej części i poszerzyłam ramiączka, żeby tworzyły mini rękawki. Początkowo bluzka miała być z szyfonu, ale z tiulem jest mniej problemów - nie trzeba go wykańczać, bo się nie strzępi, a że miałam trochę miękkiego tiulu, który nie przydał się przy sukni ślubnej Mi, to wykroiłam bluzkę z niego. W ten sposób uwolniłam chociaż trochę tkaniny, której trudno znaleźć jakieś normalne zastosowanie. Ta część jest oddzielna. Całe szczęście tiul jest elastyczny i nawet po doszyciu koronki się rozciągał więc nie musiałam kombinować z zapięciem.


Koronka stwarza trochę pierzaste wrażenie, ale to chyba kwestia tego, że wzór był dosyć drobny.

No i znowu był to dosyć łatwy model. Poza takimi pierdołami jak szycie i wykończenie szyfonu, czy ogólna niepewność jak się robi gorset, nie miałam większych problemów. Trochę żałuję, że nie miałam okazji stworzyć czegoś ambitniejszego. A najłatwiej uczyć się i eksperymentować na sobie, ewentualnie na Mi. Jeśli będę jeszcze kiedyś szyła suknię ślubną dla kogoś, to mogę się już nie odważyć na skomplikowane formy.


Ogólnie jestem zadowolona z efektu końcowego. 
I oczywiście mam kieszenie! Ale ja zawsze mam kieszenie. Mogłam sobie schować zasmarkaną chusteczkę i niebieskiego szydełkowego fistaszka własnej roboty, coby mi było raźniej.

Koszt całości to ok. 320 zł, wliczając takie pierdoły jak haftki czy ultramarynę, którą zabarwiłam koronkę, która niestety trochę za bardzo wpadała w ecru. A mogłam wydać trochę ponad 200 zł, uwzględniając też zapas, bo podczas szycia zmieniła się koncepcja i potrzebne było znacznie mniej satyny. Nawet jeśli okaże się, że farbowanie nie wyjdzie, to jednorazowa sukienka za 300 zł to dużo lepiej niż za 3000 zł, prawda?

Inne części o szyciu tej sukni:
prototypy
gorset
dół